sobota, 2 marca 2013

Rozdział XI

Laera obudziła się rankiem, gdy pierwsze promienie słońca wbijały do jaskini i oświetlały jej bladawą twarz. Powoli otwarła swe piękne, niczym zielona trawa na wiosnę oczy. Uśmiechnęła się, słysząc poranne trele ptaków, siedzących na gałęziach, nieopodal jej miejsca pobytu. Przeciągnęła się ziewając i rozejrzała się po zimnej i brudnej jaskini. Jak na zawołanie, mina jej zrzedła, przedstawiając grymas niezadowolenia, przypominając sobie ostatnie wydarzenia. Powolnie wstała, wyprostowała swój kręgosłup i założyła swe już wyschnięte ubranie.
-Trzeba wracać.-Odparła.-Mam nadzieje, że rodzice sobie z nimi poradzili.-Dodała podchodząc do swojego czarnego konia. Osiodłała go, wzięła wszystkie swoje rzeczy i wyprowadziła z jaskini. Przyjemny wiaterek roznosił cudowną woń lasu.  Podeszła do wartkiego strumienia i przemyła swą twarz lodowatą wodą, napiła się i uśmiechnęła się lekko. Podeszła i pogłaskała swego rumaka po czarnej grzywie. Kon prychnął szczęśliwie i zaczął skubać zieloną trawę.
-Ej,-Powiedziała uśmiechając się.-Zaraz jedziemy.-Dodała. Koń niechętnie podniósł swój pysk znad ziemi i spojrzał błagalnym  wzrokiem na swoją panią.
-Wiem, ja też nic nie jadłam, ale musimy szybko wracać.-Rzekła do konia i usiadła na nim. Chciała już być jak najszybciej w domu. Miała złe przeczucie, że jednak nie potrzebnie zostawiała rodziców na pastwę tych mężczyzn.
-Eh, jedzmy-Odparła cicho i nakazała, aby jej koń ruszył. Wiedziała dokładnie, którędy ma jechać. Znała się dokładnie na całym
lesie.
Tak jak sądziła, po chwili szybkiego truchtu, była już na drodze, prowadzącej wprost do jej domu. Pognała przez świerkowy las, a wiatr, rozwiewał jej rude włosy. Nim spojrzała, znalazła się przy jej drewnianym domu. Nie było przy nim ani skrawka żywej duszy. Przestraszyła się trochę, a serce zaczęło bić jej szybciej. Zeszła ze swego konia i przywiązała go do belki która stała tuż obok niej. Kątem oka, dostrzegła mały wiszący skrawek papieru na drzwiach. W tym momencie serce zabiło jej jeszcze szybciej, jakoby chciało się wyrwać z jej piersi. Powolnym krokiem podeszła do nich i zaczęła czytać. "Karczma zamknięta z powodu remontu." Kamień spadł jej serca, spodziewała się najgorszego. Ale w tym momencie, znowu wstrzymała oddech.
-Jakiego remontu?-Pomyślała i powolnie wypuściła powietrze. Nie wąchała się dalej, wolała mieć już to za sobą. Szybkim ruchem otwarła drzwi i stanęła jak wryta. Ławki leżały porozcinane na pół, a zaschnięta krew znajdowała się na podłodze.
-Co tu się...-Wybełkotała przerażona. W tym momencie, kobieta, która szorowała podłogę obróciła się zaskoczona gościem.
-Laero, tak się o ciebie martwiłam.-Wykrzyknęła i ucałowała ją. Dziewczyna zrobiła mine w grymasie niezadowolenia.-Już się baliśmy, że coś ci się stało.-Dodała zatroskana.
-Co się tu wydarzyło?-Zapytała ją, chcąc znać wszelkie szczegóły.
-To... to długa historia...-Odpowiedziała jej, a uśmiech, który widniał zszedł z ust.-Nie chce ci tego opowiadać, naprawdę.-Odparła i obróciła się do

niej plecami, aby ukryć zmartwienie.
-Mamo, to prze zemnie ten człowiek utykał, ja chce wiedzieć, co on wam zrobił.-Kobieta spojrzała na nią zadziwiona tym, co przed chwilą usłyszała.
-Więc to nie...przypadek?-Powiedziała do niej a jej brwi uniosły się.
-Nie, dlatego chce usłyszeć całą prawdę.-Odrzekła jej stanowczo.
-Nie wiem czy powinnaś...-Powiedziała cicho i usiadła na małym drewnianym stołku. Przysunęła bliżej siebie drugi, taki sam.-Usiądź, proszę.-Dodała do niej i skinieniem głowy pokazała na stołek.
Dziewczyna, posłusznie wykonała jej żądanie i zasiadła obok niej.
-Dobrze, chcesz znać prawdę, a więc słuchaj, ponieważ nie będę powtarzać-Rzekła jej stanowczym głosem. Laera skinęła głową i przyjęła pozycje słuchacza.
-Więc, siedzieliśmy sobie tutaj i martwiliśmy się o ciebie. Nie mieliśmy dużo zamówień, odkąd wyjechałaś... a więc siedzimy i rozmawiamy na twój temat, kiedy weszli kolejni goście. Była to trójka mężczyzn, nie za starych, z czego jeden utykał.-Odparła i spojrzała dziewczynie w oczy. Laera twierdząco pokiwała głową, że wie, o kogo chodzi i rozumie wszystko.-Szukali ciebie. Nie wiem, co im zrobiłaś, ale byli aż czerwoni ze wściekłości. Zaatakowali nas, zdemolowali naszą karczmę i uciekli-Powiedziała spokojnym głosem, patrząc teraz tylko gdzieś w jeden punkt na drewnianej ziemi, nie odrywając od niego wzroku. Westchnęła głęboko.

-Mamo, nie powiedziałaś mi wszystkiego-Odparła jej stanowczo, a gdy to mówiła, przypomniała jej się jedna, bardzo waż na rzecz.-Gdziejest ojciec?-Dodała, a jej serce, ponownie chciało uciec z jej piersi.
-Eh...-Westchnęła.-Leży w swoim pokoju.-Powiedziała do niej. Dziewczyna natychmiastowo wstała i chciała udać się do ojca, gdy zatrzymała ją ręka jej matki.-Nie idź tam, jest zmęczony...-Odrzekła jej smutno, jakby miała kogoś stracić.-Dziewczyna spojrzała na nią błagalnym wzrokiem, po czym zignorowała jej przestrogę i udała się do taty. Stanęła przed drzwiami i wzięła głęboki oddech. Nie wiedziała czego ma się spodziewać, kiedy otworzy drzwi i wejdzie do środka.
Pchnęła lekko je przed siebie, a zawiasy skrzypnęły ze starości. W pokoiku świeciła mała świeca, która stała obok słomianego łóżka, a resztę spowijała gęsta ciemność ciemność. Jedyne okienko, które się tam znajdowało, zasłaniały belki drewna, przeznaczonego na opał. Laera spojrzała w stronę słomianego łóżka, na którym leżał jej ojciec. Jego prawa ręka, była mocno zawinięta w szmaty podobne do bandażu.
-Laero!-Powiedział uradowany, podnosząc swą głowę i okalając wzrokiem całego przybysza dodał:-Tak się o ciebie baliśmy! Już myślałem, że coś ci się stało!
-Ja też się ciesze, że widzę cie żywego. Bardzo martwiłam się o ciebie, kiedy nie zobaczyłam cie nigdzie.-Odrzekła mu i podeszła do drewnianego taboretu. Przysunęła go bliżej łóżka i zasiadła na nim.-Jak się czujesz?-Spytała go zatroskana.
-Lepiej niż wczoraj...-Odparł i uśmiechnął się prawie niewidocznie.-Ale ręka wciąż boli...
-A właśnie, matka nie chce powiedzieć co ci się stało, może ty mi opowiesz
?-Zapytała go. Ojciec westchnął i spojrzał na nią.
-Nie wiem, czy powinienem, ale opowiem.-Powiedział stanowczym głosem, jakby zrobiło mu się trochę lżej.-Jeden z trójki mężczyzn, zaatakował mnie, więc rozciąłem mu nogę, rozumiesz?-Spytał się jej, aby uniknąć wszelkich wątpliwości. Dziewczyna odkiwnęła mu głową.-Tak więc, trochę zbyt pewien zwycięstwa stanąłem na przeciw następnego, a kiedy zaatakował mnie, nie spodziewałem się ciosu, więc rozciął mi rękę.-Odparł i zakaszlał.
-Czy wszystko dobrze?-Zapytała, przejęta zachowaniem ojca.
-Chy... chyba tak.-Odpowiedział jej niepewnie.
-Laero, nie zamęczaj już taty, choć rozcięcie ominęło żyłę i tak stracił dużo krwi... musi być zmęczony.-Rzekła matka dziewczyny która słysząc kasłanie, przyszła sprawdzić co się dzieje. Dziewczyna odkiwnęła jej głową. Wstała i spojrzała na ojca.
-Mam nadzieje, że szybko wyzdrowiejesz.-Powiedziała do niego i udała się w stronę wyjścia. Wyszła z pokoju i lekko przymknęła drzwiczki, które skrzypnęły cicho.
-W torbie mam parę rzeczy, które mogą ci się przydać.-Rzekła do matki kiedy cała napięta atmosfera, w końcu się uspokoiła. Kobieta kiwnęła jej głową i szybkim ruchem pochwyciła leżącą na ziemi, obok rozwalonego stolika torbę.

Rozdział X

Noc powoli przykrywała niebieskie niebo i rozsiewała po nim srebrzyste punkciki, które bacznie przyglądały się wszystkiemu z góry i migotały pogodnie każdemu, kto się im przyglądnie.
-Kochanie, już robi się późno, a jej wciąż nie widać, nie słychać...-Powiedziała Taewa, trochę smutnym i przerażonym głosem, wyglądając przez okno karczmy, do swojego męża czyszczącego stoły obok niej.
-Kochanie, przecież wiesz, że nic jej się nie stało. Może był ogromny tłum ludzi do skarbnika i jeszcze tam jest.-Odpowiedział jej pocieszająco mężczyzna, machając swoją dłonią po drewnianym stole. Wiedział, że to mało prawdopodobne, ale przynajmniej ten jeden powód przychodził mu do głowy.
-No nie wiem, nie wiem. Mam naprawdę złe przeczucie. Boje się, że coś się jej stało.-Powiedziała mu, a ostatnie słowa, wręcz szepcząc. Jej mąż, słysząc, co jego żona mówi, przerwał swoją pracę i spojrzał dziwną miną na kobietę.
-Kochanie, co ty wygadujesz?-Powiedział do niej z dziwnym wyrazem twarzy, pozostawiając na pół czystym stole szmatę i inne przybory.-Ona jest już duża, wiem na pewno, że nic jej nie jest.-Dopowiedział i przejechał wierzchem swojej dość zniszczonej dłoni po plecach małżonki. Kobieta zjeżyła się na moment wystraszona, po czym czuj
czując bezpieczeństwo, rozluźniła się i na moment zapomniała o całym świecie. Mężczyzna, powoli zaczął od jednego pocałunku na szyi, po czym kierował się dalej, ucho... policzek...
Drzwi karczmy otwarły się gwałtownie, rozpraszając całą, miłosną atmosferę.
-Cholera!-Przeklął w myślach trójkę osób, które właśnie wkroczyły.
-Gdzie ona jest?!-Wykrzyczał potężnym głosem jeden z nich, który lekko utykał.
-Spokojnie,-Powiedział Arther, aby uspokoić przybyszów.-Kto? O kim pan mówi?-Zaczął wypytywać.
Mężczyzna przewrócił stół, ze zdenerwowania, aż kobieta się wzdrygnęła, po czym wziął oddech i powiedział troszkę spokojniej.
-Gdzie jest ta mała dziewucha, która mi to zrobiła?-Wykrzyczał i pokazał swoją zranioną nogę.
-Nie wiem, o kim TY mówisz, a poza tym, jakim prawem śmiesz demolować mój dom?!-Odpowiedział mu zdenerwowany i powoli zasięgnął dłonią rękoiść swojego miecza, wiszącego u pasa, lecz nie wyciął go.
Przeciwnik zrobił wręcz przeciwnie. Czerwony ze złości pochwycił swoją srebrną broń i ukazując swoją potęgę, przeciął przewrócony stół, tak, że posypały się drzazgi. Następnie skierował się na następne stoły, aby zachęcić przeciwnika do walki.
-Śmiesz niszczyć moje miano?-Wyryczał na niego oburzony. Udało się, zdenerwował go tak mocno, iż ledwo uniknął spodziewanego ciosu. Cóż, ze zranioną nogą, był zbyt słaby, więc szybkim ruchem dłoni rozkazał swym sługą aby go bronili. Mężczyźni od razu stawili się przed nim, tworząc osłonę przed atakami. Jeden z nich, o kruczoczarnych włosach
, przysłaniając z brzdękiem żelaznych mieczy odebrał atak. Szybkim ruchem kopnął przeciwnika, odpychając go do tyłu.
-Trzech na jednego?-Odezwał się potężnym głosem, niezauważalnie zbliżył się do atakującego i zadał mu cios w nogę, unikając tym samym ataku w głowę. Mężczyzna krzyknął z bólu i upadł, a z rozciętej nogi, zaczęła sączyć się czerwona krew.-Ups, już tylko dwóch-Dodał i zaśmiał się szyderczo.-No dalej, dalej-Powiedział do następnego. Jak na komendę, przeciwnik rzucił się na niego i po chwili, słychać już było tylko brzdęk srebrnych mieczy. Ojciec Laery zwinnie atakował wciąż broniącego się mężczyznę, lecz chwilowa nieuwaga i niespodziewany atak przeciwnika, powoduje, iż atakujący rozcina mu prawą dłoń, ledwo omijając żyłę. Arther puszcza miecz i upada na ziemie. Równie szybko podbiega do niego jego żona próbująca załagodzić sytuacje. Przeciwnik wykorzystujący sytuacje, do zabicia dwóch osób na raz, podnosi swą srebrzystą klingę, by zadać ostateczny cios.
-Dosyć!-Odezwał się brzmiący głos utykającego.-Dostał nauczkę. Kiedy dziewczyna wróci, za wszelką cenę będzie się chciała zemścić. To tylko kwestia czasu, kiedy znajdzie się w naszych sidłach.-Odrzekł i zaśmiał się gromko, a śmiech, rozszedł się po wszystkich zakamarkach drewnianego domu. Jak na komendę, gwieździste niebo zaczęło zachodzić ciemnymi, niczym czerń tkwiąca w piórach kruka chmurami. Utykając, podszedł jeszcze do leżącego i dodał szeptem.-Powiedz dziewczynie, że na nią czekamy...
Czarne niebo rozbłysło
srebrzystą błyskawicą, oświetlając gromką sylwetkę utykającego. Drzwi trzasnęły grzmotem, rozchodzącym się, niczym po całym świecie...
Laera obudziła się dysząc ciężko, a z jej czoła skapywał stróżki potu. Srebrzysty błysk przeciął czarne nocne niebo, a grzmot, który po chwili nastąpił, dudnił jej w uszach, niczym nieustanne wołanie... Krople deszczu skapywały na zmoczoną ziemie przed jaskinią, a wciąż mokry koń skrył się pod kamienistym "niebem".
Dziewczyna wierzchem dłoni przetarła swe mokre czoło.
-To był tylko sen-Powiedziała do siebie i położyła się na drugi bok, zapominając o całym świecie. Pozwoliła ponownie pochłonąć się kuszącej ciemności..
.

Rozdział IX

Laera powolnie biegła przez las, zwinnie przeskakując nad wystającymi ponad ziemię korzeniami potężnych drzew. Wsłuchiwała się w odgłosy natury, które dodawały jej chęci i siły do dalszej wędrówki.
Stanęła na chwilę pośród drzew, aby zaznaczyć punkt na jednym z wystających pni, obalonego przez wiosenne burze. Kiedy skończyła, na korze widniały dwie kreski w kształcie x. stąd dokładnie wiedziała ile jest do jej kryjówki, lecz nie miała pojęcia, jak daleko uda się na znalezienie zwierzyny.
Dziewczyna ponownie rzuciła się biegiem wprost przed siebie. Po niedługim czasie, zobaczyła małego brązowego misia bawiącego się w błocie czymś w kształcie przypominające duże kółko.
Dziewczyna, tak bardzo nie chciała go zabijać, ale zmuszona była do tego przez głód. Westchnęła pod nosem. Słysząc swoje burczenie w brzuchu, nie miała wyboru. Albo to małe zwierze umrze, albo to ona, z braku sił i pożywienia, zostanie zabita przez jakieś zwierze.
Laera cicho ominęła liście paproci, które lekko poruszone podnosiły się do góry, aby po chwili opaść ponownie na ziemie.
Przeskakując nad wystającym korzeniem, znalazła się wręcz zaraz za misiem. Zacisnęła mocno pięść na srebrzystym sztylecie i podniosła rękę do góry. Zawiał lekki wiatr, który poniósł zapach dziewczyny prosto na zwierzaka. Miś odwrócił się i cicho zaryczał na powitanie. Wpatrywał się w stojącą nad nim dziewczynę, swoimi pięknymi, czarnymi jak węgiel oczyma. Był zarazem przestraszony i ciekawy. Powolnie podniósł się z miejsca i podszedł do Laery wąchając jej ubranie, aby lepiej ją poznać. Dziewczyna ze łzami w oczach spuściła rękę w dół i podniosła małego brudnego niedźwiadka. Miś wyraźnie uśmiechnął się, zadowolony z uniesienia go do góry.
Miłość Laery i niedźwiadka, nie trwała długo. Zza pleców dziewczyny dobiegał głośny ryk innego zwierzęcia. Była to matka małego. Laera przestraszona postawiła niedźwiadka na ziemi i uścisnęła swój sztylet. Zwierze ponownie ryknęło i stanęło na tylnych łapach, gotowe do walki. Broniące swojego terytorium, oraz dziecka, opadło na przednią część swojego ogromnego cielska. Pognało wprost na przestraszoną dziewczynę. Laera stanęła dębem, nie wiedząc co ma robić. Dosłownie za chwile, pazury ogromnego niedźwiedzia wbiją jej się w ciało, a ona nawet nie śmie się ruszyć. Lecz nagle coś w niej zaiskrzyło, jakby pchnięta do przodu, dokładnie przygotowała się na atak. Zwierze machnęło ręką dosłownie parę
milimetrów od odchylającej się do tyłu dziewczyny. Zwierze ryknęło ze złości. Jak ona mogła go zignorować? Ominąć jego potężny cios? Niedźwiedź ponownie stanął na tylnych łapach pokazując że tak łatwo się nie podda.
Zwierze ponownie się na nią rzuciło-Kolejny chybiony cios.
Laera już nie była sobą. Teraz to ona stawiała tu warunki. Była łowcą, nie obchodził ją nikt inny, żaden szelest, pisk czy wycie. Teraz stała tylko ona i niedźwiedź. Potężny niedźwiedź, przewyższający ją wielkością i siłą dwa razy, rozwścieczony jej widokiem. Dziewczyna z uśmiechem, zachęcała zwierze do ataku. Była pewna swego.
Zwierze tym razem trafiło. Rozcięło pazurami część jej ubrania, tworząc ranę na lewej ręce dziewczyny. Laera nie spodziewała się tak szybkiego ataku, ze strony przeciwnika. Przewróciła się na ziemie krzycząc z bólu i chwytając się, za krwawiącą rękę.
Niedźwiedź był tym razem zadowolony. Jak na razie obezwładnił przeciwnika. Pozostał mu jeszcze tylko jeden cios, lecz Laera nie była sobą. Szybko chwyciła za leżący obok niej sztylet, który upadł w momencie ataku. Znalazła się pod zwierzęciem, które cały swój atak skierowało na twarz dziewczyny. Zwierze zabrało łapę i podniosło ją do góry, szykując zamach, który za kilka sekund uśmierci dziewczynę. Niestety, było za wolne. Laera wbiła sztylet w potężny tłów zwierzęcia, rozcinając go na brzuchu. Ciepła krew zwierzęcia wytrysła na dziewczynę. Ogromne ciało martwego niedźwiedzia, przygniotło ją, uniemożliwiając jej ruch na chwilę. Kiedy
w końcu, po paru minutach wygrazmoliła się spod niedźwiedzia, była już całkowicie sobą. Pamiętała walkę, lecz nie wiedziała jak się wtedy czuła, co robiła.
Westchnęła cicho spoglądając na nieżywe zwierze. Obróciła się parę razy, aby odszukać małego niedźwiadka, niestety nie znalazła go. Być może, nie była to jego matka. Możliwe iż Laera chciała zabić obiad potężnego niedźwiedzia. 

Dziewczyna była wręcz cała sklejona od krwi martwego zwierzęcia.
-Dobrze, że obok jaskini, jest jakaś woda.-Pomyślała, wycierając czerwone palce o mokrą trawę.
Po chwili krótkiego odpoczynku, Laera wrzuciła ogromnego niedźwiedzia na barki i powędrowała z powrotem do miejsca spoczynku. Niedźwiedź był ciężki, to nie to co jelonek, czy dzik. Nie mogła ciągnąć zwierzęcia wystające ponad ziemie korzenie, mogłyby jeszcze bardziej spowalniać drogę powrotną, co spowodowałoby, jeszcze większe zagrożenie tym, iż jakieś inne zwierze ją zaatakuje.
Ledwo stąpając na nogach, dziewczyna dochodziła do małej jaskini. Kiedy znalazła się na miejscu, rzuciła niedźwiedzia na ziemie i wręcz upadła ze zmęczenia. Koń Laery, pytająco spojrzał na leżącą dziewczynę, mieląc zieloną trawę.
-Nie patrz się tak na mnie.-Powiedziała podnosząc głowę. Koń, jakby obrażony prychnął na dziewczynę i obrócił się do niej tyłem.
Po chwili krótkiego odpoczynku, dziewczyna powolnie podeszła do najgłębszego miejsca w strumieniu. Przemyła ręce i twarz, a następnie wskoczyła do lodowatej wody. Nie było tam głęboko, choć też nie było za płytko.
Woda sięgała Laerze do pasa.
Dziewczyna, powolnym ruchem, jakby chciała przedłużyć uczucie chłodu na swej skórze, ściągała swoje czerwone od krwi ubranie. Woda wokół niej, zabarwiła się na czerwono, lecz po chwili, kolor zanikł, odpływając wraz z nurtem strumienia. Ściągnęła wszystkie brudne ubrania (tak, że pozostała jej sama bielizna) i zanurzyła się do wody, wstrzymując na chwilkę oddech. Kiedy wreście odetchnęła, porządnie wyszorowała najbrudniejsze części swojego stroju, a następnie wyszła z wody i rozpaliła ogień, wcześniej nazbieranym drewnem. Sprawnie, jak przystało na porządnego myśliwego, zdarła brązową sierść niedźwiedzia. Przez przecięty brzuch zwierzęcia, wyciągnęła i położyła na kamieniach, obok jaskini narządy wewnętrzne, aby je wysuszyć.
Tłuszcz, oraz mięso niedźwiedzia, zaczęła gotować na ogniu, aż cudowny zapach pieczonego mięsa, rozniósł się po lesie. Dziewczyna, powolnie przeżuwała gorące jedzenie. Kiedy kończyła, słońce już zaszło i zaczęło powoli kropić, z ciemnej chmury unoszącej się nad głową Laery. Szybko schowała swoje ubrania do jaskini, gdzie powiesiła je na wystającej skalnej półce. Jej koń, został na dworze, ale to nie sprawiało mu większego znaczenia, ponieważ i tak od dawna powinna była go umyć. Dziewczyna rozsiadła się na kamienistym podłożu i wysłuchując szumu deszczu, zaczęła powolnie przeżuwać nie skończone jedzenie. Kiedy najadła się do syta, co prawda zostało jej parę kawałków mięsa, ale to nawet nic, po przesuszeniu jej matka coś z tym
zrobi, podeszła po swoje już wysuszone ubrania, ubrała część, a drugą częścią przykryła się. Było już na pewno po północy, więc położyła się spać. Zasnęła strasznie szybko, ledwo zamknęła oczy, a zapadła w głęboki sen... 

Rozdział VIII

Laera wybiegła na plac. Przystanęła na chwilę i ciężko dysząc oparła się o drewniane belki, stojące tuż obok niej.
-Co ja zrobiłam?-Zapytała siebie, patrząc na swoje dłonie, które się trzęsły niemiłosiernie.-Kim ja jestem?
Dziewczyna spojrzała w niebo, nie wiedząc co robić.
-Ci ludzie, pewnie zaraz zaczną mnie gonić. Wiedzą gdzie mieszkam. Muszę się ukryć na jeden dzień. W lesie.-Powiedziała do siebie i szybkim krokiem udała się w stronę swojego rumaka. Kiedy była już blisko, ponownie, gdzieś w pobliżu
usłyszała głos tego żebraka, który wcześniej, chwycił ją za rękę.
-To na pewno ty...-Powiedział i zaśmiał się. Laera zdezorientowana, obróciła się wokół siebie, aby odszukać mężczyznę, lecz spotkała tylko dziwne spojrzenia przechodni.
-Co się dzieje?!-Zapytała siebie.-To tylko moje wymysły. To tylko moje wymysły. Nie możesz być magiem ponieważ twoi rodzice nimi nie są.-Powtarzała sobie podchodząc do konia.
Węgielek parsknął, zaniepokojony dziwnym zachowaniem swojej pani.
-Spokojnie, to tylko moje wymysły-Powtórzyła. Szybko wsiadła na konia i wyjechała z zamku. Ledwo widocznie, dostrzegła trzech mężczyzn, wychodzących z budynku, rozglądających się dookoła.

-Pojedziemy do jej karczmy i zniszczymy wszystko, co stanie nam na drodze. Rozumiecie?-Powiedział ranny przywódca, do pozostałych i splunął na ziemię. Jego towarzysze, z chytrym uśmiechem kiwali głowami.-Ma być płacz i zgrzytanie zębów! Nie daruje, tej małej zdziry tego co mi zrobiła!

Dziewczyna kłusowała przez las, w poszukiwaniu najlepszego miejsca na jedno dniowy nocleg. Po godzinie szukania, udało jej się znaleźć małą jaskinie blisko przeźroczystego strumyka.
-Wybacz węgielku, wiem, że nie lubisz lasu, ale musisz wytrzymać-Powiedziała smutno do swojego konia, kiedy zsiadała z niego. Koń niechętnie parsknął i odwrócił swój pysk. Laera uspokajając go pogłaskała rumaka po czarnej jak smoła grzywie.
Nie spieszyła się, powolnym krokiem powędrowała do strumyka i przemyła swoją, wciąż zszokowaną ostatnimi wydarzeniami twarz.

Odetchnęła i usiadła na zielonej trawce tuż obok.
Musiała tu pozostać. Nie miała jedzenia ani łóżka. Jedynie sztylet i koń mógł się na coś przydać. Laera wstała z trawy i podeszła do swojej torby. Otworzyła jedną z przegródek i wyjęła swoją broń. Na srebrnej krawędzi widać było ślady krwi. Ten mężczyzna na pewno jej nie daruje i będzie ją szukać. Wskazującym palcem, dotknęła plamy i poczuła ciarki przechodzące po plecach. Przypomniała jej się cała sytuacja.
-Jak odrzuciłam, leżącego na mnie mężczyznę?-Pomyślała niechętnie wspominając ten moment. Nie była sobą. Wspomniał jej się ten czarno włosy chłopak.
-Przecież on zrobił tak samo. Ten jego przenikający wzrok... Nie!-Wstała podenerwowana rozmyślaniem. Nie mogła dłużej wchodzić głębiej w ten temat. Zarazem fascynowało i gnębiło ją to.
Dziewczyna wzięła dwa głębokie oddechy i powolnie podeszła do mieniącego się, w promieniach słońca strumyka. Włożyła sztylet do zimnej wody i przetarła go wierzchem dłoni. Strumień, przez chwilę zabarwił się na czerwono, po czym znikł, tak szybko jak się pojawił.
Laera usiadła ponownie na trawie i wsłuchała się w szum drzew, szelest liści, odgłosy zwierząt. Zamknęła oczy. Ogarnął ją całkowity spokój. Drzewa snuły błogie litanie, a ptaki na nich wyśpiewywały swoje ballady. Oddychała jakby całym ciałem, spokój rozprzestrzeniał się po całym ciele. Poczuła jak każdy mięsień swojego ciała robi się lekki, luzuje się i opada lekko na ziemie. Zaczynała powoli widzieć jakieś obrazy w swoich myślach. Początkowo rozmyte, które z chwili na chwile stawały się coraz wyraźniejsze. Ujrzała małą dziewczynkę, dość smutną, ponieważ wybudzoną ze snu. Mówiła coś do swoich rodziców, którzy jeszcze przed chwilą zacięcie debatowali. Kobieta gromkim wzrokiem spojrzała na mężczyznę. Nie wyglądał staro, lekki zarost na brodzie dodawały jego skruszonej minie charakteru niewinnego. Wyglądał inaczej, niż przeciętny człowiek.

Jego ręka, nie była zwyczajna, czy z jakimś tatuażem. Całą pokrywały jakby łuski. Czarno srebrne, odbijające się od światła świecy, która stała na stole. Nie miał zwyczajnych palców. Były to pazury, ostre jak brzytwa. Zapewne, był to jej ojciec. Odziedziczyła po nim pięknie zielone, jak liście oczy. Spojrzał na małą. Rudowłosa kobieta podniosła ją i zaniosła do drugiego pokoju. Miała szare oczy, nie wyrażające żadnych emocji. Jej rude, długie, lekko kręcone włosy, przykrywał biało szary, jak jej oczy kaptur. Podeszła do łóżka i położyła tam dziecko. Podniosła książkę i zaczęła ją czytać. Jej słowa, Laera słyszała wyraźnie, teraz była tym dzieckiem.
-Pewnego dnia, był sobie piękny zamek...-Przeczytała. W tym momencie, dziewczynę zaszokowało. Znała tą historie z książki na pamięć. Otworzyła ze strachem oczy, jej ciało przegrało z lękiem. Strach, przeniknął ją tak samo jak spokój. Usiadła, wzięła dwa głębokie oddechy i spojrzała w niebo. Powoli słonce, kierowało się ku zachodowi.
-To, co teraz widziałam, nie mogło być prawdą.-Powiedziała do siebie
i aby o wszystkim zapomnieć, chwyciła sztylet do ręki. Powolnie wstała, ponieważ wciąż była oszołomiona tym co widziała. 
-Tyle rzeczy w jeden dzień?-Zapytała siebie.-Dlaczego tylko mnie to spotyka?
Podeszła do węgielka i pogłaskała konia, który cały czas na nią patrzał.
-Idę coś upolować.-Powiedziała spokojnie, do wiernego rumaka. Koń pomachał swoim łbem, a Laera przejechała dłonią po jego czarnej grzywie.-Zostań tu-Dodała szeptem i ruszyła wgłąb szumiącego lasu. Węgielek nie przejmując się już niczym więcej, uszczęśliwiony wolnym czasem, zaczął zjadać pyszną zieloną trawę.

Rozdział VII

Dziewczyna, dosyć szybko pędziła na koniu przed siebie. Stanęła na pagórku, jak poprzednio i odetchnęła.
-Znowu tam musimy jechać.-Powiedziała do swojego konia. Ten, machnął swoim pyskiem dwa razy. -Tak, ja też pamiętam "to coś", cokolwiek to było.-Wymamrotała do niego i pogłaskała go po czarnej, jak węgiel grzywie.-Dobrze, jedzmy dalej.-Dodała i szturchnęła nogą bok konia. Węgielek szybkim galopem ruszył wprost do zamku.
Wiatr, rozwiewał piękne, dość długie, lekko kręcone, rudawe włosy Laery, kiedy podjeżdżała koniem pod zamek.
-Witam!-Powiedział mężczyzna w srebrnej zbroi, który stał przy mosiężnej bramie.-Proszę o zezwolenie na wjazd.-Dodał i wyciągnął swoją dłoń.
-Już, już-Powiedziała szybko Laera i wyciągnęła z torby pełno papierów.-Który był pozwoleniem?-Pomyślała i zaczęła wertować wszystkie po kolei.-Zgoda, zgoda, rachunek, zgoda, pozwolenie,-Powiedziała i wyjęła żółtą kartke, którą położyła na wyciągniętą rękę.
Strażnik chwycił papier i uważnie przeczytał. Po chwili spojrzał na dziewczynę i oddał jej dokument.
-Dobrze.-Powiedział-Otwórzcie bramę!-Wykrzyknął do pozostałych wartowników.
Czarne, mosiężne kraty podniosły się, przepuszczając dziewczynę. Laera wzięła z powrotem swój papier i wjechała po marmurowych kamieniach na rynek zamku. Jak zawsze było tam pełno ludzi, którzy chodzili z jednego stoiska, do drugiego.
-Dobra, to który to był budynek?-Zapytała siebie, patrząc na prawą stronę(jak poinstruował ją ojciec) w poszukiwaniu jakiejś tabliczki. Nie łatwym zadaniem, było znalezienie urzędu. Prawie przy każdym domu stała jakaś tabliczka i prawie każdy był ogromny. Dziewczyna zeszła z konia i przywiązała go do tego samego miejsca, kiedy była z ojcem.
-Skoro tu jest ta karczma, to tamten duży budynek, musi być tym urzędem-Powiedziała pod nosem, kiedy patrzała na budynki położone obok karczmy.-Węgielku, poczekasz tu chwile. Za niedługo wracam.-Zwróciła się do swojego konia. Ten, machnął pyskiem i odwrócił się. Laera spojrzała na niego i z błyskiem w oczach, uśmiechnęła się, odetchnęła głęboko, i ruszyła w stronę urzędu.
Przed budynkiem, ujrzała prawie niewidoczną tabliczkę, informującą, że to ten budynek, którego szukała. Laera weszła na marmurowe schody i otworzyła drewniane drzwi, które lekko skrzypnęły w zawiasach. Powolnie weszła do środka i zamknęła je. W środku nie było prawie żadnych okien, oprócz tego w drzwiach. Gdyby nie pochodnie na ścianach, nie byłoby nic widać. Dziewczyna postąpiła parę kroków przed siebie i znów kolejna tabliczka.
"Urząd do spraw pieniężnych, schodami na górę"-Brzmiał napis. Laera udała się schodami na górę. Kiedy już się skończyły, dało się zobaczyć dość duże drzwi, na których był napis "Urząd skarbowy". Dziewczyna pognała przez ciemność i prawie by wpadła na dane drzwi, lecz w ostatnim momencie zahamowała. W tym miejscu już znajdowało się okno, więc nie obawiała się niczego.
Laera od zawsze bała się ciemności, czuła do tego strach, nigdy nie wiedziała co się tam czai, więc szybko omijała
takie miejsca z dala. Dziewczyna odetchnęła głęboko i zapukała w ogromne drzwi. Po chwili ciszy, która nastała, dziewczyna ponownie zapukała.
"Proszę!"-Odpowiedziało jej jak na zawołanie słowo, znajdujące się za drzwiami. Nie było to miłe zaproszenie. Raczej brzmiało jak niechęć, złość. Laera dotknęła brązowej klamki i z lekkim naciskiem, otworzyła drzwi. 

Jej oczom ukazał się widok średniej wielkości pokoju. Był prawie całkowicie ciemny. Dwie pary okien, były zasłonięte szkaradną czerwienią, która starała się nie dopuszczać żadnego światła. Na biurku, przy którym ktoś siedział, stało jedyne oświetlenie pokoju-świecznik
-Ekhem!-Odezwał się mężczyzna, zasypany masą papierów. Niechętnie widywał młode osoby w swoim gabinecie.
Laera obudziła się z zamyślenia i spojrzał na mężczyznę. Był on stary, miał szary lekki zarost, lecz na głowie parę włosów. Na nosie, siedziały mu, małe okularki, przez które spoglądał na młodą dziewczynę. Ubrany był w zielonkawą szatę, która podkreślała jego majestat. Największą uwagę, przykuł jego tatuaż na dłoni, biegnący od dłoni, aż do szyi
-Przepraszam-Odezwała się cicho.-Mój ojciec mnie tu przysłał, kazał dać panu te papiery.-Powiedziała do niego i zaczęła szperać w torbie. Po chwili, wyciągnęła prawie wszystkie, zostawiając tylko przepustkę. Podała je mężczyźnie po drugiej stronie, ten chwycił je i przybliżając do siebie świecznik, zaczął czytać. Po chwili, podniósł głowę znad papierów.
-Dobrze, wszystko się zgadza.-Odpowiedział jej.-Ale czy aby
twój ojciec, nie dawał ci coś jeszcze?-Zapytał entuzjastycznie.
-Ah, tak.-Odpowiedziała mu szybko, przypominając sobie o skórzanym mieszku.-Dał mi jeszcze te pieniądze.-Dodała i wyjęła z torby jeszcze jeden przedmiot. Położyła mu mieszek na biurko. Mężczyzna wziął i wysypał całą zawartość przedmiotu. Na stole pojawiło się paręnaście złotych monet.
-Jeden, dwa, trzy, cztery...-Liczył pod nosem sumę.-Dobrze wszystko się zgadza.-Dodał po chwili i zapisał coś na papierze.-Daj to swojemu ojcu.-Podał jej zapisek.
Dziewczyna odebrała go i włożyła do torby. Zbierała się do wyjścia, kiedy mężczyzna niespodziewanie powiedział:
-Cały czas patrzałaś się na mój tatuaż.
-Tak, to prawda.-Odpowiedziała mu trochę zmieszana.-Tylko parę razy w życiu widziałam maga.
Mężczyzna się zaśmiał.
-Jest nas mało.-Odpowiedział jej całkiem innym tonem.-Przez konflikty z Nalijczykami,straciliśmy bardzo wielu magów.Tylko garstka zdołała się schronić w zamku.
-To straszne.-Odpowiedziała smutno.
-Ale prawdziwe!-Dodał z rozczarowaniem.-Jesteśmy bardzo potężni. Nalijczycy wysyłają całą armie najlepszych, aby zgładzić choć trzech...
Gdyby ona tu była, gdyby ta klątwa nie była tak okrutna, gdyby nie czyniła jej poddaną dobra!-Powiedział mężczyzna wczuwając się w każde wypowiedziane słowo.-Powstrzymalibyśmy ich, gdyby choć miała syna bądź córkę, całe "ukrywanie się" przez tyle lat, dałoby nam szansę na przetrwanie. Gdyby tylko był taki ktoś... gdyby tylko był...-Zakończył smutno. Dziewczyna stała w milczeniu, a po jej policzku
spływały pojedyncze łzy.
-Na pewno jest taki ktoś, na pewno.-Powiedziała po chwili.
-Przepraszam cię za to. Po prostu jestem już stary...-Powiedział do niej i zasiadł na krześle.
-To nic. Ja dziękuje.-Odpowiedziała mu i wyszła. Mężczyzna jednym ruchem ręki, zgasił świecznik i ponownie w pokoju nastała ciemność.
Laera powoli zamknęła drzwi i odetchnęła znacząco.
Wiedziała że Nalijczycy nie cierpią magów i za żadne skarby, nie chcą aby istnieli. Była to bowiem najpotężniejsza rasa. Jednym słowem mogli zgładzić kogo chcą, siali postrach tam, gdzie stanęli, a teraz już ich prawie nie ma.
Dziewczyna wolno ruszyła wprost w ciemność. Starała się nie bać niczego. Niestety. Na karku poczuła chłodny oddech. Po chwili ktoś chwycił ją za szyje i przystawił srebrny sztylet do szyi. 
-Witaj piękna-Odezwał się głos dorosłego mężczyzny. Laera kojarzyła tę charakterystyczną barwę głosu.-Czekałem na ciebie.-Dodał i zaśmiał się. Po chwili słychać było w ciemności, śmiech dwóch innych osób. Dziewczyna wiedziała już kim oni są. To ta trójka mężczyzn, którzy zniszczyli częściowo jej karczmę.
-Zostaw mnie.-Wydukała, oddychając ciężko.
-Nie pamiętasz mnie, kochanie?-Zapytał sarkastycznie. Laera powoli i bezgłośnie, lewą ręką, którą miała wolną, wyciągnęła sztylet.
-Pamiętam, i to dobrze!-Odpowiedziała mu i przecięła jego nogę bronią. Zabójca krzyknął z bólu i swobodząc Laere chwycił się za ranę. Dziewczyna korzystając z chwili, puściła się biegiem do wyjścia.
-Łapcie ją!-Wykrzyknął rozwścieczony do

pozostałych.
Dwoje wysokich mężczyzn rzuciło się w pogoń za dziewczyną. Niestety, Laerze, kiedy była już na końcu schodów, skoczył wprost na barki jeden z nich. Dziewczyna przewróciła się i upuściła swój sztylet, który poleciał aż do ściany. Laera próbowała się oswobodzić z siedzącego na niej mężczyzny.
-Nie wierć się tak, mała.-Powiedział do niej.
-Puść mnie!-Wykrzyknęła.-Puść!
W ty momencie, Laera obróciła się szybko i jakby to nie była ona, wypowiedziała dwa słowa, w nieznanym jej języku. Mężczyznę i jego kolegę, który stał zaraz za nim, odrzuciło wprost na ścianę przy schodach. Dziewczyna, korzystając z chwili, pochwyciła swój sztylet i wybiegła z urzędu.

-Głupcy! Pozwoliliście jej uciec!-Wykrzyczał do nich ranny.
-Panie, ona posłużyła się magią!-Odpowiedział mu jeden z pół przytomnych mężczyzn leżących przy ścianie.
-Niemożliwe! Jest za stara i głupia, aby praktykowała magię!-Bez skrupułów odpowiedział mu ich przywódca i splunął na ziemie.-Nie daruje jej tej rany. Nigdy!

Rozdział VI

Laera weszła normalnie. Prawie zaszokował ją widok tylu ludzi. Nie spodziewała się tego, myślała, że jej ojciec znowu wyolbrzymia. Szybko powędrowała wokół stolików wprost do kuchni gdzie krzątała się jej matka.
-Laero, zanieś to mięso na stolik, gdzie siedzi ten pan z łukiem i sztyletem obok niego.-Powiedziała jej matka nawet nie patrząc do kogo mówi ze względu na ilość pracy. Dziewczyna wzięła od niej mięso i powędrowała do stolika.
Kiedy już się tam dostała, przyjrzała się dokładnie twarzy człowieka. Był stary, posiadał szarawą brodę i zmarszczki na całej twarzy. Najbardziej wyróżniał się ogromną blizną biegnącą od prawego policzka, po brwi.
-Pięć srebrnych monet-Powiedziała cicho Laera, bojąc się jego przeszywającego wzroku. Mężczyzna sięgnął do kieszeni swoich spodni i wyciągnął dane pieniądze. Dziewczyna chwyciła i lekko spojrzała w jego przejrzyste szare oczy. 
-Jesteś wyjątkowa-Powiedział jej kiedy ich wzrok się spotkał. Laera szybko odwróciła oczy.
-Dzię... dziękuję-Jąknęła nie wiedząc co powiedzieć i szybko odeszła od mężczyzny. Wciąż czuła na plecach jego wzrok. 
-No Laero, idź jeszcze do tych dwóch klientów pod ścianą co siedzą i zanieś im tego dzika.-Powiedziała do niej matka i wyrzuciła prosto w jej objęcia drewnianą misę z mięsem. Dziewczyna ledwo co doszła, a już musiała wrócić. Obróciła się na pięcie i pognała przed siebie do danego stolika.
-Prosze, oto wasze zamówienie-Powiedziała kiedy doszła i z ulgą położyła ciężką misę na stole. Klienci bez mówienia wyjęli z sakiewki daną sumę i zaczęli jeść
-To ja życzę smacznego-Dodała pod nosem i wróciła do matki.
-To na razie tyle.-Powiedziała jej Taewa. Dziewczyna odetchnęła z ulgą.-Możesz na razie iść do swojego pokoju-Dodała i usiadła na małym taboreciku, obserwując, czy coś ważnego w karczmie się nie dzieje.
Laera wróciła powolnym krokiem do swojego pokoju i rzuciła się na swoje słomiane łóżko. Dziewczyna zaczęła rozmyślać nad życiem.-Ostatnio dużo osób mówi mi że jestem wyjątkowa-Myślała spokojnie, wpatrując się w drewniany sufit.-Najpierw ten w mieście-dziwak.-Pomyślała wspominając to ogromne zamczysko. Wzdrygnęła się na myśl o legendzie o potężnej czarodziejce.-Jak można stać się złym zabijając w imię dobra? Może ciążyła na niej jakaś klątwa? I co to było za czarne zwierze?
Laera przerwała rozmyślanie i chwyciła małą, starą książeczkę która leżała tuż obok jej łóżka. Od razu wspomniały jej się czasy, kiedy była mała i Taewa czytał jej to na dobranoc. Zawsze wyobrażała sobie ten piękny zamek na wzgórzu, pośród drzew i łąk. Piękną królową, która przechadzała się po tych lasach i łąkach wraz ze swoją córeczką. Pamiętała te chwile jakby odbyły się dokładnie wczoraj...
-Laero!-Zawołał zniecierpliwiony głos matki. Dziewczyna natychmiast odłożyła książkę i pognała do kuchni.-Wołam cię i wołam.-Skarciła ją matka.-Idz zanieś tego jelenia tym ludziom przy drzwiach.-Dodała już spokojniej i ruchem głowy wskazała na parę osób siedzących pod drzwiami.
Laera powędrowała do danego miejsca i położyła mięso na stole.
-Cztery srebrne monety-Powiedziała do nich. Jeden mężczyzna rzucił jej daną sumę a reszta zabrała się do jedzenia. Dziewczyna wróciła do matki i oddała jej wszystkie pieniądze.
-Dobrze-Powiedziała Taewa-Myślę, że to tyle na dziś. Z resztą powinnam sobie poradzić.-Dodała. Dziewczyna spojrzała na nią trochę rozgniewanym wzrokiem.
-Woła mnie tylko po jedno zamówienie-Pomyślała-Ale i tak ją kocham-dodała w myślach i uśmiechnęła się pod nosem.
-Laero-Zawołał ojciec dziewczyny, lecz nikt mu nie odpowiedział.-Laero, gdzie jesteś!-Zawołał ponownie. W tym momencie, do jego uszu doszły ciche nawoływania "Już idę, już idę!" i po chwili dostrzegł biegnącą dziewczynę.
-Coś się stało, że wołasz mnie ze środka naszego pola?-Zapytała zdyszana i wzięła głęboki oddech. Ojciec uśmiechnął się.
-Mam dla ciebie dobrą i złą wiadomość-Powiedział spokojnie, patrząc prosto na zdyszaną córkę.
-Tak?-Zapytała Laera, pewna, że to będzie kolejne durne zadanie z serii "znajdź jedną z owiec bo gdzieś uciekła."-Zacznij od dobrej.
-Więc musisz pojechać do zamku.-Powiedział do niej i uśmiechnął się. Laera zrobiła wielkie oczy, myślała, że po prostu się przesłyszała.
-Pojadę do zamku?-Zawołała szczęśliwa, że znowu znajdzie się w tym "magicznym" miejscu.-Znowu? Tak co parę dni? Bez przeszkód?-Zaczęła wypytywać ojca któremu uśmiech zszedł z ust i wyciągnął ręce przed siebie dotykając ramion Laery.
-Zła wiadomość jest taka, że pojedziesz tam sama.-Dokończył zdanie spokojnie i ją puścił. Dziewczyna stanęła jak wryta, a wszystkie jej pytania, które przed chwilą zadała, odleciały daleko, jak ptaki na zimę.
-Ja, sama?-Zapytała cicho, a przez jej myśli przebiegł obraz czarnej bestii. Ojciec bezradnie pokiwał głową.
-Wiem, że dasz sobie rade, sama.-Odpowiedział jej smutnym głosem.-Wieże w ciebie. Tylko zaniesiesz parę papierów do skarbnika i tyle.
-A ty, czemu nie możesz tego zrobić?-Zapytała pod nosem.
-Ja, muszę zająć się polem, a potem przeczyścić stodołę. Jeśli chcesz, chętnie się z tobą zamienię.-Odpowiedział jej rad, że jego córka może zamieni się obowiązkami.
Laerze nie chętnie przyszły na myśl ciężkie prace w polu i czyszczenie odchodów po zwierzętach.
-Już wole ten zamek.-Odpowiedziała szybko, żeby przypadkiem ojciec nie zmienił zdania.
-Dobrze, więc idź się przebrać i wróć do stadniny.
Laera z niechęcią odeszła od ojca i wróciła do swojego pokoju. Bezwładnie opadła na łóżko i myślała o zamku. Kogo nowego spotka? Co się tym razem wydarzy? Powoli odetchnęła i przebrała się. Jak zawszę, wzięła swój sztylet, który ukryła za pasem i skórzaną torbę.
-Mamo, jadę do miasta.-Powiedziała bez emocji Taewie, która wycierała stolik obok niej, kiedy wychodziła z domu przez karczmę. Nie było tam już prawie żadnych osób, oprócz dwóch kobiet rozmawiających o sukniach, które z lekkim obrzydzeniem spoglądnęły na strój Laery.
-Wiem, rozmawiałam z ojcem.-Odezwała się.-I bądź ostrożna.-Dodała zatroskana i ucałowała ją w policzek. Dziewczyna wyrwała się z matczynego uścisku i przetarła miejsce pocałunku rękawem.
-Dobra mamo, jestem już duża.-Powiedziała do niej ze zniechęceniem-To cześć-Dodała i wyszła z domu. Taewa odpowiedziała na jej pożegnanie, lecz Laera tego nie usłyszała. Z lekkim strachem, o losy córki, zabrała się do dalszej roboty.
Dziewczyna udała się wprost do stodoły, gdzie czekał jej ojciec.
-Masz wszystko? Jesteś gotowa?-Zapytał niepewny o bezpieczeństwo i chęć do wyprawy.
-Tak, mam wszystko i jestem gotowa.-
Odpowiedziała mu i usiadła na swojego konia.
-Wiesz, że się martwimy o ciebie.-Zaczął ojciec.
-Tak, mam dbać o siebie, aby nic mi się nie stało-Dokończyła za nim Laera, znając tą rozmowę na pamięć. Ojciec spojrzał na nią zarozumiałym wzrokiem i odetchnął.
-Tu masz papiery i dwadzieścia srebrnych monet.-Powiedział jej i podał dane rzeczy. Dziewczyna posłusznie spakowała je do swojej torby.-Zanieś to do urzędu zamku, to taki duży murowany budynek. Zresztą, zobaczysz tabliczkę przy nim. Tam wejdź i zanieś to do skarbnika. Wszystko powinno pisać gdzie co jest.-Powiedział do niej jak najkrócej. Laera pokiwała ze zrozumieniem głową.
-Nie zgub niczego.-Dodał i klepnął konia dziewczyny. Węgielek parsknął i ruszył przed siebie.
-Laero!-Zawołał ojciec.-Nie zapomnij okazać takiego żółtego papieru, który masz w torbie, jak będziesz przy bramie do zamku!-Poinstruował ją.
-Dobrze!-Odpowiedziała mu i pogalopowała przed siebie.  

Rozdział V

Po ciepłej wiosennej nocy, którą pięknie oświetlał rogalikowy księżyc i gwiazdy, które migotały na niebie, przyszedł czas, na stworzenie sobie pięknej przyszłości. Było południe, wszyscy mieszkańcy drewnianego domu stojącego przy drodze do zamku, robili ostatnie poprawki. Nie było to jakieś święto czy urodziny.
Dziś był dzień otwarcia nowej karczmy. Zjechali się pierwsi podróżni, którzy strudzeni długą podróżą zawitali do nowej karczmy, aby odpocząć i zjeść coś dobrego.
-Laero, idź do tych trzech mężczyzn i zapytaj czego by sobie życzyli.-Szepnęła Taewa do swojej córki, patrząc na podróżnych, którzy rozmawiali i gromko się śmiali. Dziewczyna pokiwała jej głową. Wzięła głęboki oddech, poprawiła swoje ubranie i podeszła do gości.
-Witam,-Powiedziała spokojnie w stronę przejezdnych-czego sobie życzycie?
-A co piękna pani ma do zaoferowania?-Odpowiedział jej brodaty mężczyzna ubrany w skórzana kurtkę, spodnie i buty. Jego dwaj koledzy, od razu zaczęli się śmiać. Choć Laera nie wiedziała z czego zrobiła się lekko czerwona, lecz po chwili się opanowała.
-Mamy, mięso z dzika, jelenia, lisa, zupę z kury, kawałki mięsa z chlebem.-Odpowiedziała im poważnie, kiedy śmiechy ucichły. Mężczyźni popatrzeli po sobie nic nie mówiąc.
Laera stała przez chwilkę przyglądając się każdemu z nich. Wszyscy mieli u pasa zawieszony żelazny miecz o złotej klindze. Zapewne, należeli do jakiegoś zakonu, ponieważ mieli tą samą fryzurę i ubiór.
-To my weźmiemy mięso z dzika dla nas wszystkich.-Odpowiedział jej jeden z nich, który przeważnie ciągle się odzywał, a reszta go słuchała. Laera odkiwnęła mu głową i poprosiła o 10 srebrników. Ich "dowódca" posłusznie dał jej swój mieszek, gdzie była wyliczona suma zapłaty. Odeszła od nich. Po chwili znów dało się słyszeć gromkie śmiechy i rozmowy na temat Nalijczyków.
-Chcą mięso z dzika.-Powiedziała swojej matce, kiedy doszła do niej. Taewa zeszła do piwnicy gdzie krzątał się jej mąż.
-Kochanie, podaj mi jednego dzika-Powiedziała do niego. Arther odkiwnął jej głową i podszedł do jednego ze stolików, gdzie leżała nie żyjąca zwierzyna. Chwycił za sznur przyczepiony do jednej z nich i poszedł za żoną do kuchni. Położył na jednym ze stolików i odszedł w pośpiechu nie odzywając się, ponieważ miał wiele roboty w piwnicy.
Taewa zręcznie zdarła futro z dzika i zaczęła gotować potrawę na ogniu. Po paręnastu minutach, po całej karczmie zaczął unosić się przyjemny zapach mięsa tak że goście zaczęli się niecierpliwić-To znak że potrawa była już gotowa. Kiedy matka skończyła już przyrządzać, Laera posłusznie zaniosła dzika na stół gości. Widać, bardzo im smakowało ponieważ rzucili się do jedzenia.
Nie minęła chwila, kiedy znów otwarły się drzwi nowej karczmy. Tym razem wszedł jeden młody mężczyzna o przejrzyście szarych oczach. Ubrany był w czarną szatę którą przecinały białe zawiłe kreski. Ściągnął kaptur, odsłaniając piękne kruczoczarne włosy. Widać było że ma około dwudziestu lat. Trzej mężczyźni podnieśli się spod posiłku, przetarli usta ręką i groźnie popatrzeli na nowego przybysza.
-Fasmer...-Warknął jeden z nich na chłopaka.-Czego tu szukasz?
-Pewnie zaczepki-Odpowiedział mu drugi i wszyscy zaczęli się śmiać. Gość, nie zwracał na nich większej uwagi, tylko usiadł przy stoliku z dala od nich. Widocznie, trzej mężczyzn, szukało zaczepki lub byli po paru piwach, gdyż podeszli do stołu Fasmera i zaczęli go zaczepiać.
-Co Fasmer, pewnie znowu uciekniesz, jak poprzednim razem-Powiedział jeden do niego a reszta zaśmiała się. Chłopak spojrzał na nich spokojnym wzrokiem.
-Nie szukam zaczepki.-Odpowiedział bez emocji. Mężczyźni ponownie się zaśmiali.
-Nie szukasz? Bo my chętnie-Powiedział do niego wyzywająco szef dwóch pozostałych. Wszyscy troje wstali od stołu chłopaka i podeszli do swojego.
-Zaraz tu wrócimy.-Dodał, widząc iż zbliża się jakaś dziewczyna. Fasmer mruknął coś niezrozumiałego pod nosem. W tym momencie Laera pojawiła się obok niego.
-Co podać?-Zapytała spokojnie.
-Gdybyście mogli poproszę zupę z mięsem.-Odpowiedział jej ciepły męski głos. Dziewczyna kiwnęła głową i po chwili już jej tam nie było. 
-Ten chłopak chce zupę z mięsem.-Powiedziała swojej matce.
-Dobrze, już gotuje.-Odpowiedziała jej i zaczęła przyrządzać. Po paru minutach jedzenie było już gotowe. Laera posłusznie zaniosła je do gościa. 
-To będzie razem trzy srebrniki.-Powiedziała mu i położyła zupę z mięsem przed nim. Chłopak wyjął z kieszeni trzy srebrne monety i podał je dziewczynie.
-Dziękuje i życzę smacznego.-Powiedziała mu i odeszła od stołu. Fasmer zaczął spokojnie jeść. Trzech mężczyzn, skończyło posiłek i wstali od stołu. Nie wyszli z karczmy. Kierowali się prosto na chłopaka.
Jeden z nich, ten najlepszy, podszedł obok niego i nic nie mówiąc, przewrócił jego talerz z zupą. Fasmer przełknął powoli zupę i spojrzał na mężczyznę.
-Czego chcecie?-Zapytał spokojnie.
-Czego? Abyś się upokorzył-Odpowiedział mu.
-Nie za dobrze wam to wychodzi-Powiedział sarkastycznie. Mężczyzna zaśmiał się szyderczo. Niczego się nie spodziewając, wyciągnął z pochwy miecz i chciał zadać cios prosto w Fasmera.
Chłopak wyszeptał parę niezrozumiałych słów pod nosem i machnął ręką w stronę atakującego. Siła słów Fasmera była ogromna. Mężczyzna wręcz dobił do ściany, taranując przy tym nowe ławki.
Wróg jęknął coś pod nosem. Nie próbował się podnieść. Wiedział że po raz kolejny przegrał.
-Pozwolicie mi zjeść to mięso, czy chcecie znaleźć się tam, gdzie on?-Zwrócił się z pytaniem do pozostałych dwóch. Mężczyźni przecząco pokiwali głowami, ze strachu nic nie mówiąc. 
-To łaskawie odejdźcie stąd.-Dodał. Dwójka, pospiesznym krokiem podeszło do przywódcy, podniosło go i szybko wyniosło z miejsca bitwy.
Fasmer powolnie zjadł swój posiłek i wstał od stołu. Podszedł do Taewy i podał jej skórzany mieszek, w którym było trzydzieści srebrnych monet.
-Przepraszam za bałagan-Powiedział spokojnym głosem i nałożył swój kaptur na głowę. Przez chwilę przyjrzał się Laerze i jej naszyjnikowi, po czym w pośpiechu wyszedł z karczmy nic więcej nie mówiąc.
Kiedy drzwi się zamknęły, kobieta odetchnęła głęboko.
-Trzeba ojcu powiedzieć, aby naprawił zniszczone ławki-Oznajmiła nie za szczęśliwym głosem, patrząc na zniszczony pokój.
Laera popatrzyła na zmartwioną matkę. Otwarcie nowej karczmy i już coś się wydarzyło złego.
Dziewczyna zeszła na dół, gdzie jej ojciec rąbał drewno. Gdy tylko zauważył córkę, przestał.
-O, Laero dobrze że jesteś-Powiedział spokojnie i usiadł na małym pieńku.-Słyszałem jakiś huk u góry, czy wszystko dobrze?-Zapytał.-
No, to długa historia-Odpowiedziała mu pewnie.-A tak poza tym, trzeba ławki naprawić.-Dodała szybko. Ojciec spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Czy ja o czymś nie wiem?-Zapytał przerażony.
-Matka ci wszystko opowie-Powiedziała i szybkim krokiem wyszła z piwnicy, aby uniknąć ciągłych pytań ojca.
Był już wieczór. Ojciec dowiedział się wszystkiego co miał się dowiedzieć i wziął się za naprawę. Karczmę, odwiedziło jeszcze parę osób, które zjadło niektóre z pysznych potraw.
Dzień, choć troszkę "poniszczony" udał się, ponieważ od razu przyniósł zyski. Kiedy wszyscy już zasnęli, Laera przez chwilę myślała o tym chłopaku.
Jego piękne przeszywające szare oczy i kruczoczarne włosy obserwowały ją i jej naszyjnik. Dziewczyna czuła że go kiedyś jeszcze spotka. Ona nie wiedziała nic o nim, a on, spojrzał na nią jakby znali się od dawna...
Następnego dnia, wczesnym rankiem, Laera, zjadła śniadanie i pospiesznie się ubrała w skórzane odzienie i jej piękny nowy naszyjnik. Zabrała ze sobą swój ulubiony łuk, oraz kołczan z dziesięcioma strzałami. Wyszła ze swojego drewnianego domu i udała się w stronę lasu. Po kilkunastu minutach doszła na piękną zieloną polanę oświetlaną przez pierwsze promienie słońca.
Nieopodal usłyszała ciche grzebanie kopytem w ziemi. Od razu wiedziała że to dzik, który poszukuje jedzenia. Po cichu podeszła za drzewa nieopodal niego i wyciągnęła strzałę z kołczanu. Niesłyszalnie napięła cięciwę swojego łuku i trzymając strzałę, wycelowała w dzika. Wzięła głęboki oddech i kiedy dalej już nie mogła naciągnąć puściła ją. Prawie niewidzialna strzała świsnęła w powietrzu i wbiła się prosto w serce dzika. Zwierze padło nieżywo na ziemie. Laera szybko podbiegła do zdobyczy i powiązała jego kopyta tak samo jak u jelenia. Tym razem zwierze było cięższe, lecz na szczęście, dziewczyna nie udała się daleko do lasu, więc szybko wróciła do domu.

Rozdział IV

Dziewczyna podeszła do fontanny, która pięknie mieniła się w promieniach słońca. Spojrzała w wode. Leżało tam pare srebrniaków wrzuconych przed chwilą przez przechodniów. Dotknęła swoją dłonią chłodną wode. Choć była zimna, Laerze wydawała się przyjemnie kojąca. Dziewczyna mogłaby tam siedzieć i siedzieć, ale nagle wieża zegarowa, wybiła godzinę trzecią. Laera szybko wyciągnęła ręke z wody i biegiem udała się w umówione miejsce. Dziewczyna mijała ogromną liczbę ludzi, wręcz nie wiedziała, jak ona daje rade przepchnąć się przez ten tłum.
Była już prawie na miejscu. Już ujrzała ojca, kiedy nagle ktoś chwycił ją za ręke. Laera obróciła się przestraszona i zobaczyła starego żebraka.
-Jesteś do niej taka podobna... córka musi być jak matka...-Powiedział jej tajemniczo. 
-Przepraszam, chyba pan mnie musiał z kimś pomylić.-Odpowiedziała mu zdezorientowana, wyrwała się z jego uścisku i puściła się biegiem przed siebie. Obróciła się, aby zapamiętać twarz żebraka, lecz nie zobaczyła go. Tłum ludzi przysłonił jej tego mężczyznę. 
-Laero, już jesteś!-Powiedział ojciec kiedy ta, niespodziewanie zjawiła się przed nim-Spóźniłaś się-Dodał niechętnie i spojrzał na wieże zegarową. Było już dziesięć minut po trzeciej. Mężczyzna zwrócił swój gromki wzrok na córkę.
-Przepraszam, jakiś mężczyzna mnie zatrzymał i...-Zaczęła się tłumaczyć.
-Dobrze rozumiem-Odpowiedział jej surowo.-Ale to się ma już nie powtórzyć.-Laera pokiwała głową i burknęła coś pod nosem.
-A więc co ciekawego kupiłaś?-Zapytał już trochę milej.
-Zobacz-Powiedziała z błyskiem w oczach i wyciągnęła z torby swój nowy dobytek.-Ten oto sztylet.
Ojciec Laery chwycił go za uchwyt i machnął pare razy w powietrzu, uważając na przechodniów. Następnie dwa razy podrzucił do góry i uważnie przyjrzał się uchwytowi.
-Co prawda rączka tylko pozłacana, ale rubin, tak jak w twoim naszyjniku prawdziwy.-Powiedział podsumowując.-Myślę, że to dobry sztylet. 
Dziewczyna uśmiechnęła się i odebrała swoją broń z rąk swojego ojca. Schowała go do swojej torby i spojrzała na ojca.
-Tak więc, możemy jechać.-Powiedział ojciec. Laera odkiwnęła mu głową i podeszła do swojego czarnego konia.
Kątem oka, dostrzegła, że jej ojciec czeka na nią, więc szybko podjechała do niego.
-A więc możemy jechać?-Zapytał córki. Laera ze zdecydowaniem odkiwnęła głową. Dziewczyna szturchnęła konia w bok, dając mu rozkaz aby jechał. Ten bez problemu zaczął jechać zaraz za ojcem Laery. Szybko minęli bramy miasta i znaleźli się na "odludziu"- Wszyscy mieszkańcy najchętniej zamieszkiwali zamek, aby mogli się uchronić przed nieprzyjacielem. Po ok. dziesięciu minutach znaleźli się na pagórku i przystanęli.
-Miałeś racje.-Powiedziała dziewczyna do ojca, kiedy patrzeli na ogromy zamek.-Może i z zewnątrz wydaje się przepiękny, lecz wewnątrz nie wygląda tak pięknie.Ojciec uśmiechnął się w duchu i spojrzał na swoją piękną córke, która podziwiała zamek.
-Jeszcze mało wiesz o tym zamku...-Powiedział tajemniczo, uśmiechając się. Laera spojrzała na niego dumnym wzrokiem i przytuliła go. Po chwili puścili się i zaczeli spokojnie kłusować przez piękną krainę zamku Keethar.
Laera kłusowała przez mały lasek, gdzie drzewa dawały cień, chłodny wiaterek wiał, a ptaki cicho wyśpiewywały swoje ballady. Niespodziewanie koń dziewczyny się zatrzymał, a jej ojciec  jakby nic nie zauważył jechał dalej drogą do domu.
Węgielek zaczął się cofać i z niepokojem machać swoim biało-czarnym pyskiem na wszystkie strony, dając znak że nie pojedzie dalej.
-Co się stało?-Wyszeptała mu wprost to ucha Laera, nie wiedząc o co chodzi.-Ruszajmy-Dodała i parę razy szturchnęła bok, dając nakaz aby jechał dalej. Koń nie słuchał, tylko z coraz większym niepokojem machał pyskiem. Nagle zza drzew wyskoczyła jakaś czarna metrowa bestia. Koń Laery stanął na tylnych kopytach aby odstraszyć wroga. Dziewczyna zaszokowana tym, co właśnie zobaczyła nawet nie mogła się ruszyć. Patrzała na stworzenie ogromnymi oczami, bojąc się, co się za chwile może wydarzyć. Zwierze warczało na konia dziewczyny wystawiając swoje ogromne białe kły. Świerze krople krwi, zmieszane z chłodną rosą, sklejały jego średniej długości, czarną niczym noc sierść. Chciało zadać cios, już powoli wbijało swoje ostre niczym brzytwa pazury aby wyskoczyć i zatopić je w ciele konia, a następnie rzucić się na dziewczyne, kiedy Laera niespodziewanie rozkazała:
-Zostaw nas!-Bestia spojrzała swoimi czerwonymi ślepiami na dziewczynę i z piskiem młodego niedoświadczonego pieska uciekło w las.
Laera przez chwilę stała w milczeniu analizując sytuacje. Sama nie wiedziała dokładnie co zrobiła.
-Laero, tu jesteś!-Powiedział zniecierpliwionym głosem jej ojciec, który zaniepokojony zaczął ją szukać.-Co się stało? Czemu się zatrzymałaś?-Zaczął wypytywać. Dziewczyna wielkimi oczami spojrzała na swojego ojca, nie wiedząc co powiedzieć.
-Ja... ja, ja nie wiem...-Wydukała przestraszonym głosem.
-Spokojnie.-Odpowiedział jej troskliwie.-Możemy jechać dalej?
Laera nic nie mówiąc, pokiwała głową i ruszyła przed siebie. Ojciec ruszył za nią, aby mieć ją na oku.
Całą podróż, dziewczyna przejechała jak w "transie" w ogóle nie wiedziała co się wokół dzieje, tylko rozmyślała o tym, co się stało.
Kiedy dojechała do domu, powoli zeszła z konia i udał się do swojego budynku. Weszła do środka i bez słowa usiadła na drewnianym krześle przy stole.
-Witaj Laero, widzę, że już wróciliście.-Powiedziała matka z kuchni. Nikt jej nie odpowiedział-Laero?- Ponowna cisza. Zaniepokojona matka podeszła i przysiadła się do niej.-Co się stało?-Zapytała troskliwie.
-Czy ja jestem jakaś inna?-Rzuciła niespodziewanie Laera w stronę matki.
W tym momencie przez głowę Taewy przeszły straszne myśli-"Ona już wie", "dowiedziała się", "kto jej powiedział?", "wiedziałam że tak będzie". Kobieta wzięła głęboki oddech.
-Co się stało?-Powiedziała spokojnym głosem maskując te wszystkie myśli.
-To, to wszystko jest takie straszne i, i dziwne...-Odpowiedziała jej zapłakanym głosem. Matka odetchnęła z ulgą. Spodziewała się najgorszego, lecz dziewczynie chodziło o coś zupełnie innego.-Jedni mówią mi, że jestem wyjątkowa, a po chwili "coś" wyskakuje mi przed konia i gdy tylko mnie widzi, ucieka...-Dodała, a po policzkach spłynęło jej parę łez.
-Spokojnie, wszystko będzie dobrze-Powiedziała zatroskana i pogłaskała ją po jej rudawych, lekko kręconych włosach.-Jesteś naszą jedyną i kochaną córką, wiesz, że nigdy bym nie pozwoliła cię zranić.
-Dzięki mamo-Odpowiedziała jej już spokojniej, wstała od stołu i ruszyła do swojego pokoju, aby tam odpocząć i zapomnieć o wszystkim co się wydarzyło.

Rozdział III

Laera i jej ojciec, spokojnie kłusowali przez drogę, prowadzącą wprost do zamku. Od czasu, do czasu, zdarzyło się spotkać po drodze, powolnie jadącą karoce, z kimś ważnym, lub bogatym w środku.
Kiedy tak jechali, dziewczyna wreszcie mogła odetchnąć. Nareszcie wyjechała ze swojego domu, dalej niż na polowanie. Była tym strasznie podekscytowana, tak bardzo, że ojciec niepokoił się, czemu ona się ciągle uśmiecha.
Po gdzieś półgodzinnej jeździe, stanęli na pagórku, ukazującym w oddali w całej okazałości zamek. Był on ogromny. Nawet Laera, wyobrażając sobie go, nie wierzyła że jest tak potężny. Była to wielka forteca, z masą straży na czele. Z resztą, nie było się co dziwić że zamek ten, stoi już od zarania dziejów i dumnie broni się przed wszelkimi najeźdźcami.
-Jest piękny i ogromny, i i, i... taki olśniewający-Powiedziała dziewczyna, napawając się widokiem zamku. Ojciec spojrzał na nią z uśmiechem.
-Wiedziałem że ci się spodoba. Choć wygląda pięknie z zewnątrz, w środku zamku, może ci się nie spodobać-Odpowiedział jej trochę niechętnie. Laera, nie zrozumiała ostatnich słów ojca. Nie wiedziała czy ma traktować je na prawdę, czy jako sarkazm. Wzruszyła ramionami i nogą szturchnęła bok konia, dając mu znak iż może ruszać. Koń powolnie ruszył kamienistą drogą przed siebie. Po ok. dziesięciu minutach, dotarli wprost pod bramy marmurowego zamku Keethar. Dziewczynie zaparło dech w piersiach-Z daleka wyglądał bardzo dużo, lecz gdy podjechali bliżej, stał się chyba 3 razy większy! Laera, widząc ten ogrom, nawet słowa nie mogła wypowiedzieć. Dopiero jej ojciec, pare razy szturchnął ją w bok, żeby się obudziła.
Jej ojciec, podjechał do strażnika bramy i podał im ich dokumenty. Strażnik, kiwnął głową.
-Witamy w zamku Keethar, panie Arther i panno Laero.-Powiedział do nich i ukłonił się nisko.-Otworzyć bramę!-Krzyknął do pozostałych strażników, którzy posłusznie wykonali jego rozkaz. Wielkie, mosiężne kraty, które znajdowały się przed nimi skrzypnęła głośno i zaczęły się podnosić.
Po chwili, im oczom, ukazał się ogromny, okrągły, kamienisty plac. Na środku, stała piękna fontanna, ukazująca władce Keethar, górującego nad leżącym przeciwnikiem. Pod fontanną wznosił się napis: "Na chwałę i cześć naszego władcy nieugiętego, króla Neatera II".
wokół fontanny, chodziło pełno starych ludzi, ubranych w szmaty i napotykając jakiegoś mieszczanina lub szlachcica, wręcz rzucało się na niego żebrząc choćby o dwie brazowe monety.Troszkę dalej od placu, wznosiło się pełno drewnianych i murowanych domów. Stały wręcz przyklejone do siebie, aby zachować choćby najmniejszy skrawek ziemi tylko dla siebie.
Ojciec Laery, podjechał do miejsca, gdzie stało parę koni, przypiętych do drewnianej belki. Tam też zszedł z konia i jak poprzedni ludzie, przypiął swojego konia też tam.
-Laero, pozostaw tu swojego konia i podejdź do mnie.-Poprosił ją spokojnie. Dziewczyna zeszła z konia i pogłaskała go po grzywie.
Dziewczyna podeszła do ojca. 
-Posłuchaj Laero. W tej sakiewce, masz 30 złotych monet. Nie waż się spuścić jej z oczu i wyciągać pieniędzy dla biednych.-Powiedział i podał jej mały skórzany mieszek. Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem.-Ja, teraz idę pozałatwiać parę ważnych spraw. Jak na wierzy zegarowej wybije godzina trzecia, masz stawić się dokładnie w tym miejscu, w którym teraz jesteśmy. Zrozumiałaś?-Zapytał zatroskany ojciec. Dziewczyna ponownie pokiwała głową.
-Dobrze. A teraz cię zostawiam. Nie wpakuj się w nic złego.-Dodał i odszedł do karczmy która stała tuż obok nich.
Laera została sama jak palec, na zatłoczonym placu. Zewsząd dochodziły nawoływania do kupna towaru. Wręcz na ulicach panował harmider. Ludzie przepychali się ze stoiska na stoisko, żebrzący ludzie przechodzili obok i jakby nigdy nic zabierali jakiś przedmiot przechodniowi. Dziewczyna inaczej wyobrażała sobie przedmieścia-Piękna marmurowa droga, wokół której rosło pełno kwiatów, wszelakiego rodzaju i koloru. Cisza i szum drzew z pobliskich ogrodów, uspokajający ćwierk zamkowych kanarków.
Laera cicho westchnęła pod nosem i obróciła się w stronę tych wszystkich stoisk i przepychanek. Podeszła do pierwszego lepszego stoiska z rzeczami. Jej oczom ukazała się niewiarygodnie wielka liczba osób wpychających się aby doglądnąć choć jednego skrawka stoiska. Dziewczyna, była zwinna i drobna, więc bez problemu wepchnęła się w pierwsze miejsca kolejki.
-Dzień dobry młoda panno.-Powiedział dziwnie ubrany mężczyzna po drugiej stronie artykułów.-Czego by sobie pani życzyła? Mamy tu ogromny wybór artykułów. Od spinek po naszyjniki i inne rzeczy z tego typu.-Dziewczyna dziwnym wzrokiem spojrzała na mężczyznę, któremu uśmiech wręcz nie schodził z ust. Szczerzył do wszystkich jego...nie za czyste zęby.
-Przepraszam-Odpowiedziała zmieszana.-Ja nic chyba nie kupie.-Dodała i szybko wygramoliła się z ogromnego tłumu napierających ludzi. Rozejrzała się dookoła i dostrzegła średniej wielkości stoisko, z nie za wielką liczbą osób przy nim.
Śmiałym krokiem podeszła do niego. Jej oczom ukazał się widok pięknych srebrnych broni, kusz i innych rzeczy. Laera, w najbliższym czasie planowała kupno nowego sztyletu, gdyż ten co miała, był już trochę "zużyty". Chwyciła piękny srebrny sztylet ze złotym uchwytem i rubinem. 
-Jest piękny...-Wyszeptała pod nosem.
-Podoba się pani?-Powiedział brązowo włosy mężczyzna, w średnim wieku.
-Tak, bardzo-Odpowiedziała mu zadowolona.
-W takim razie, sprzedam pani po atrakcyjnej cenie. Wystarczy tylko trzydzieści pięć złotych monet.-Powiedział zachęcającym głosem i uśmiechnął się do niej.
-Dam panu trzydzieści złotych monet!-Odpowiedziała mu z przekonaniem. Mężczyzna zamyślił się przez chwilkę.
-Patrząc na to, jak ci się podoba, zniosę cenę do trzydziestu dwóch monet.
-Przykro mi.-Odpowiedziała chytrze.-Mam tylko trzydzieści-Dodała z udawanym zniechęceniem i odeszła od stoiska z prawie niewidocznym uśmieszkiem.
-Zaczekaj!-Zawołał do niej mężczyzna, machając do niej dłonią.
 Laera, wiedziała że tak będzie. Specjalnie dobrze zagrała, aby sprzedał jej po jeszcze niższej cenie. Dziewczyna obróciła się z miną "czego on odemnie znowu chce?" i powróciła do stoiska.
-Dobra, daj mi te trzydzieści monet i bierz ten sztylet.-Dodał z lekkim grymasem niezadowolenia. Dziewczyna rzuciła do niego mieszek, a sama pochwyciła swój wymarzony sztylet.  Mężczyzna wysypał pieniądze i przeliczył. Kiwnął głową że jest tam trzydzieści monet i schował je z powrotem. Laera uśmiechnęła się.
-Dobrze się robi z panem interesy!-Dodała odchodząc. Nie zobaczyła wyrazu twarzy mężczyzny, ponieważ do stoiska, zaczęło schodzić się dużo osób zaciekawionymi artykułami. Dziewczyna, obróciła się w stronę rynku. Dostrzegła tam ciekawego człowieka, który opowiadał różne historie. Laera bez wahania podeszła i usłyszała dziecko:
-A opowie pan nam bajkę o jakiejś czarownicy?
-Jeśli chcecie.-Odpowiedział im wesoło.
-"Taaak"-Odpowiedziało mu wołanie gromadki dzieci.
-Tak więc, żyła sobie kiedyś, piękna zielonooka czarownica. Była tak piękna i potężna, że ludzie uznawali ją wręcz za bóstwo. Pewnego dnia, źli ludzie zaatakowali nasz kraj. Osłabiony walką król, zwracał się do wielu czarodziei o pomoc, lecz żadnemu nie udało się powstrzymać wroga.-Powiedział mędrzec uśmiechając sie do pozostałych dzieci. Laera, w skupieniu słuchała opowieści.-Pewnego dnia król poprosił o pomoc tę czarownice. Kobieta bez wahania się zgodziła, ale jeżeli król zagwarantuje jej spokój. Król spełnił jej rozkaz. Tak więc czarownica wyszła naprzeciw potężnej armii i zaczęła odpierać atak. Niestety, czarownica z każdą śmiercią zadaną przez nią stawała się coraz bardziej zła i gorsza.-Mężczyzna przerwał i nastała cisza. Laera nie mogąc wytrzymać palnęła:
-I co było dalej?-Wszystkie oczy zwróciły się na nią i na mężczyznę.
-No jak to co? Czarownica widząc co się z nią dzieje, ukryła się i nikt jej już nigdy nie widział. Odparła atak, więc miała gwarancje od króla, że nikt jej nigdy nie będzie przeszkadzać.  Ale kiedyś mówiono, że urodziła córkę. Nigdy nie słyszałaś tej historii?-Zapytał mężczyzna zamykając wszelkie wątpliwości Laery. Dziewczyna pokiwała głową a mężczyzna przyjrzał jej się uważnie.-Masz takie podobne zielone oczy...-Dodał. Laera zmieszana, odeszła od stoiska, lecz mężczyzna jeszcze przez chwile nie odrywał od niej wzroku.

Rozdział II

Minął tydzień. W tym czasie, karczma, była już prawie gotowa. Tytuł karczmy "Złoty jeleń", swobodnie powiewał na wiosennym wietrze, od czasu do czasu skrzypiał wręcz niesłyszalnie.
Ten dzień, był szczególnym dniem. Laera, obchodziła swoje 15 urodziny. Od tego dnia, jak jej matka obiecała, nareszcie może wyruszyć do zamku, ale tylko po to, aby mogła kupować potrzebne towary i pozostawać poza domem maksymalnie 2 dni.
Rodzice, choć szczególnie, nie przejmowali się tym, że dziewczynie się coś stanie ponieważ wiedzieli, iż ich córka jest świetnym wojownikiem, bali się jedynie, że może poznać prawdę o sobie.
-Wszystkiego najlepszego kochanie!-Powiedział matka, kiedy Laera jadła śniadanie.Dziewczyna wstała od stołu i przytuliła matkę i powiedziała:
-Kocham cię.-Jej matka się uśmiechnęła. Dziewczyna chciała coś dodać, ale matka szybkim ruchem ją uciszyła.
-Zobacz, pewien wędrowiec, który był tutaj jakiś miesiąc temu, przyniósł taki naszyjnik.
-Powiedziała do niej i wyciągnęła z kieszeni drobny, zawieszony na srebrny łańcuszku czerwony kamień.-Mówił, że znalazł go jakąś wioskę stąd, w jakimś spalonym domu. Weź go.-Dodała i zawiesił dziewczynie na szyi.
-Jest piękny.-Odpowiedziała jej i chwyciła go. Laera od razu się do niego przywiązała. Bardzo jej się podobał i czuła, jakby miała go już od dawna.
-Dziękuje ci, jest naprawdę wyjątkowy. Kocham cię-Powtórzyła i ponownie przytuliła się do matki.
-Ja też cię kocham.-Odpowiedziała jej po cichu, tak aby tylko Laera słyszała to.
Kiedy dziewczyna skończyła już jeść, ubrała skórzane spodnie, koszule, a na to wszystko narzuciła płaszcz. Wzięła także swój kołczan ze strzałami, oraz łuk. Wyszła z domu i już miała udać się w stronę lasu, kiedy zatrzymał ją ojciec.
 -Laero, dokąd idziesz?-Zapytał ojciec, który nagle wyłonił się przed nią.
-Na polowanie.-Odpowiedziała mu trochę niespokojnie.
-Bo wiesz kochanie, dziś są twoje urodziny, a ja, za chwilę jadę do zamku zareklamować naszą karczmę i pomyślałem że zrobię ci taki prezent zabierając cię ze mną, ale skoro idziesz polować...-Powiedziała spokojnie, trochę z nutą podpuszczenia, jakby specjalnie jej proponował wyjazd z nim do zamku. Dziewczyna z niedowierzaniem puściła swój łuk, który bezwładnie opadł na ziemię. 
-Żartujesz?!-Powiedziała do niego uśmiechnięta.-No pewnie że jadę z tobą. Polowanie może zaczekać!-Dodała uradowana i rzuciła się w objęcia swojego ojca, który się zaśmiał.
-Kocham cię tato.
-Dobrze Laero, bądź za 15min. gotowa. Zabierz ze sobą sztylet, tak na wszelki wypadek.-Dał jej parę wskazówek i wrócił do stajni, gdzie stały ich 3 konie. Dziewczyna szybko wbiegła do domu i z krzykiem "jadę do zamku, jadę do zamku" wskoczyła w ramiona zaskoczonej matki.
-Też się ciesze.-Odpowiedziała jej.-Ale zejdź zemnie, jesteś już dużą dziewczyną, na pewno spodoba ci się w zamku. Omówiliśmy to wszystko z ojcem. Jesteś już duża, wiec razem z tatą postanowiliśmy się zgodzić co do twojego wyjazdu do zamku. Mam nadzieję, że posłuchasz ojca.-Laera zeszła z jej ramion i pobiegła do swojego pokoju.
Jako dziewczyna spoza zamku, nie musiała ubierać żadnych sukien czy naszyjników. Wystarczy  jakieś ładne spodnie,to, co miała na polowanie, oraz ten piękny naszyjnik, który dostała na urodziny od matki. Była taka szczęśliwa.
Jej rodzice nareszcie zrozumieli, że sobie poradzi. Puszczali ją do lasu, gdzie niekiedy, było nawet groźniej niż w zamku, ale jednak dziewczyna zachowała zimną krew i nigdy się nie poddała. Wreszcie zobaczy jakiś nowych ludzi, a nie tylko przejezdnych.
-Laero! Chodź już!-Zawołał donośny głos ojca, dobiegający gdzieś z podwórza, przerywając rozmyślanie nad życiem.Dziewczyna szybko chwyciła sztylet i schowała za pasem, tak aby nikt go nie znalazł. Ubrała skórzana torbę na wszelki wypadek, jakby miała coś kupić i wybiegła z domu wprost do stajni, gdzie czekał zniecierpliwiony ojciec.
-No, w końcu jesteś. Weź swojego konia. Ja pojadę na Kasztanie.-Powiedział ojciec wyprowadzając dwa konie.
Jeden był pięknie brązowy, jak kasztany, spadające jesienią z drzew. Dlatego też nazwali go Kasztan, był koniem matki dziewczyny. Bardzo przywiązany do kobiety. Cicho parskał na drugiego konia. Tamten był czarny z jedną, białą plamą na pysku. Był koniem Laery. Dostała go na 13 urodziny kiedy jeszcze był małym źrebięciem.
Dorastał na oczach dziewczyny. Kochała na nim jeździć, a koń to odwzajemniał. Stwarzali niepowtarzalną parę człowieka i konia.Laera położyła siodło i zwinnie wskoczyła na konia, który parsknął uradowany z obecności na jego grzbiecie dziewczyny.
-Witaj węgielku.-Wyszeptała mu do ucha. Nazwała tak konia, ponieważ był prawie cały czarny jak węgiel, oprócz jednej wyjątkowej plamy, na pysku konia.-Wiesz dokąd jedziemy? Do zamku.-Dodała uradowana. Koń, jakby rozumiejąc słowa dziewczyny, pokręcił szczęśliwie głową.Jej ojciec także wskoczył na swoją klacz i pogłaskał ją po brązowej grzywie. Koń trochę niechętny obecnością ojca Laery parsknął.
-Dobrze. Czy jesteś już gotowa?-Zapytał, kiedy już się porządnie usadowił w siodle. Dziewczyna z ekscytacją odkiwnęła mu głową.-To ruszamy.
-Uważajcie na siebie!-Wykrzyknęła do nich matka, kiedy powoli oddalali się kłusem od domu. Dziewczyna obróciła się w siodle i pomachała mamie, dając znak, że usłyszała.

środa, 20 lutego 2013

Rozdział I

Las.W oddali słychać tylko mielenie trawy przez młodego i niedoświadczonego jelonka. Trzask.
Zwierze podnosi głowę, aby wsłuchać się w cisze i dowiedzieć się najgorszego-niebezpieczeństwa. Cisze i spokój zakłócają jakieś zwierzęta, które wydawają charakterystyczne dźwięki przy poszukiwaniu wybranki. Jelonek ponawia swój posiłek i nie przejmuje się już żadnymi trzaskami czy skrzeczeniami.
Niedoświadczony, źle postępuje ignorując swój doskonały słuch i instynkt. Otóż jelonek nie jest sam, jest tylko zwierzyną na którą trzeba polować, aby żyć. Świst. Strzała wbija się prosto w udo młodego, głuchy ryk z bólu i zwierze puszcza się w las, aby uciec jak najdalej od niebezpieczeństwa, które na niego czyha na polanie. Niestety, młody, z raną jest za słaby. Biegnie z ostatkiem sił ponieważ wie, że coś go goni. Próbuje jeszcze uciekać, ale oto kolejna strzała wbija mu się tym razem w bok, w płuca.
Jelonek pada, nie chce walczyć dalej, wie, że zasłużył na śmierć ignorując słuch i instynkt. Powoli podchodzi do niego czyjaś postać, zabiera swoje strzały i wkłada do kołczanu. Klęka przed zwierzęciem i powolnie przejeżdża ręką po jeszcze ciepłym futrze.
-Byłeś młody i zwinny, lecz niedoświadczony-Odzywa się postać typowo kobiecym głosem.- Zasłużyłeś na lepszą śmierć, wybacz mi.
Kobieta bierze jelonka, związuje jego kopyta, i triumfalnie oddala się od miejsca zdarzenia. Nikt nie przejmuje się czynem wykonanym wobec jednego jelonka, każdego z nas, mogłaby czekać taka śmierć.
Dziewczyna wyszła z lasu i udała się poboczem żwirowej drogi do swojego domu. Ledwo przeszła kawałek, kiedy z dużą prędkością, obok niej przejechała karoca, pędząca w stronę zamku Keethar.
-Dokąd się tak śpieszy?-Pomyślała, ale za bardzo nie przejmowała się tym. Mogła iść lasem, ale jakieś potężne zwierze mogło wyczuć nie żyjącego jelenia i zaatakować ją. Dziewczyna szła do domu i wsłuchiwała się w szum drzew, ćwierk ptaków. Takie chwile dawały jej wewnętrzny spokój, nie przejmowała się niczym. Wsłuchiwała się w piękne dźwięki natury i dziękowała jej za to, że pozwoliła upolować tak dorodnego jelenia. 
Po półgodzinnym marszu, udało jej się dotrzeć, bez żadnych problemów do domu. Przed drewnianą chatą dostrzegła jej ojca, który rąbał drewno do kominka.
-Witaj ojcze-Powiedziała, kiedy już zbliżyła się do niego.
-Oh, witaj Laero-Odpowiedział jej serdecznie ojciec, który przerwał swoją robotę.-Widze, że dziś, upolowałaś dobre mięso. Dzięki tobie moglibyśmy otworzyć karczmę-Dodał i zaśmiał się. Dziewczyna się uśmiechnęła i pokazała w całej okazałości dorodnego jelenia.
-Daj, wezmę go i zaniosę do piwnicy, jutro matka go oprawi.-Powiedział zadowolony z dobytku. Laera podała mu jelenia i poszła za nim do piwnicy, gdzie nie tylko składowali stare rzeczy, ale też wędzili i oprawiali upolowane mięso. Jej ojciec, wcale nie mówił źle o karczmie. Właśnie skończyła się zima, a oni, polowe swojego spichlerzu mieli zapełniony jedzeniem, od owoców po warzywa i mięso.

-Dobrze-Powiedział ojciec, kiedy zawiesił jelenia za sznur, którym były powiązane jego kopyta.-idź teraz do matki, właśnie gotuje obiad. Na pewno przydadzą jej się dodatkowe ręce do roboty.Dziewczyna pokiwała głową i wyszła z piwnicy. Kiedy doszła już do drzwi i otwarła je. Poczuła mocny zapach gotowanego mięsa. Uśmiechnęła się. Uwielbiała, jak matka przyrządzała mięso, wtedy po domu unosiła się zawsze przyjemna woń przypraw i warzyw.
-Mamo, wróciłam!-Krzyknęła dziewczyna w stronę kuchni.
-Dobrze, ciesze się-Odpowiedział jej głos matki, która właśnie kroiła marchewkę.-Idz umyć ręce i choć mi tu pomóc w przyrządzaniu obiadu.
Dziewczyna poszła do łazienki, gdzie stała drewniana miska z wodą. Zanurzyła tam ręce i przez chwilkę rozkoszowała się cudownie chłodzącą i kojącą zapracowane dłonie wodą. Miała trochę pracy, więc nie mogła tam stać w nieskończoność. Wyjęła ręce i wytarła w jakąś szmatę, która leżała obok. Zwinnym krokiem przebyła przedpokój i wpadła do kuchni.
-No, dobrze że jesteś. Musisz wymieszać kapustę bo się przypali.-Powiedziała matka dziewczyny, która była zajęta krojeniem różnych warzyw. Laera podeszła do garnka z kapustą, który grzał się na metalowym piecu. Spojrzała do środka. Dziewczyna zawsze sprawdzała czy matka na pewno daje jej odpowiednie zadanie. Czasem lubiła sobie robić żarty i jej to wychodziło.
Z półki wyjęła drewnianą łyżkę, i zaczęła mieszać kapustę. Po paru minutach gotowania, obiad był już prawie gotowy.
-Rozłóż miski i zawołaj ojca, zaraz będziemy siadać do stołu.-Powiedziała matka, nakładając mięso na wielką drewnianą misę. Dziewczyna podeszła do jednej z półek i wyjęła cztery drewniane talerze. Przeszła do pokoju, gdzie nałożyła je na drewniany stół, przykryty własnoręcznie wychawtowanym obrusem. Jej matka bardzo lubiła robótki ręczne.
Kiedy tylko Laera i jej ojciec gdzieś wychodzili, matka brała się za szycie, haftowanie, wyszywanie przeróżnych rzeczy.Kiedy skończyła nakładać, poszła przed dom, gdzie jej ojciec rąbał drewno na opał, lecz gdy podeszła bliżej, zobaczyła że tam go nie ma. Zastanowiła się chwilkę gdzie może być jej ojciec i pomyślała że poszedł wydoić krowę, do prawie wogule nie widocznej zagrody, która znajdowała się na polach za domem. 
Dojście tam, zajeło jej dosłownie chwilkę. Kiedy już szła, dostrzegła mężczyznę siedzącego przy krowie z wiadrem. Kiedy doszła, powiedziała:
-Wiedziałam że tu będziesz.-Mężczyzna uśmiechnął się-Więc, mama woła że już obiad.
-O, to dobrze, bo już zgłodniałem. Wezmę tylko mleko i już do was idę.-Odpowiedział jej, oblizując usta na myśl o pysznym obiedzie. Jego żona miała wiele talentów-Dobrze gotowała czy szyła. Mógł zawsze być z niej dumny i nigdy się nie zawiódł.

Dziewczyna poszła spowrotem do domu, gdzie wyczekiwała matka na spóźnionych. Kiedy Laera doszła, matka się spytała:
-Zrobiłaś co ci kazałam?
-Tak.-Odpowiedziała pewnie.
-Ojca zawołałaś?
-Tak, pewnie już idzie z wiadrem mleka.
-Bardzo dobrze moja droga.-Powiedziała mama dumna z tego iż ma taką dobrą córkę.
Kiedy już wszyscy doszli, usiedli razem przy stole i zaczęli jeść.
-Wyśmienite to mięso-Powiedział mąż delektując się przeżuwanym kawałkiem.-I ta kapusta... wprost rozpływa się w ustach.
-Oj, nie pochlebiaj mi tak kochanie.-Odpowiedziała mu żona, która uśmiechała się w prost jego zmęczoną i siwą twarz.
-A co byście powiedzieli, gdyby tak otworzyć małą karczmę?-Zapytała Laera.
-No według mnie to jest dobry pomysł.-Dołączył ojciec do słów dziewczyny.-Laera świetnie poluje, ja będę mógł zająć się gospodarstwem, a Taewa(bo tak się nazywała matka dziewczyny), będzie przyrządzać jedzenie i gotować.
-No nie wiem-Powiedziała mu żona trochę nie zadowolona z tego pomysłu.-Myślę że mamy za mały pokój do goszczenia i wydawania posiłków.
-Oj, kochanie. O to się nie martw. Już dawno planowaliśmy rozbudowę. Pamiętasz?-Powiedział jej zachęcająco mąż.
-No, mamo, zgódź się, prooszee-Dodała Laera błagalnie. Taewa zastanowiła się chwilkę, spojrzała na rodzinę i powiedziała:
-No niech wam będzie już. Możemy założyć karczmę.
-Tak!-Wykrzyknęli równocześnie Laera i jej ojciec.-Dobra, dobra. Dojedzcie ten obiad, a potem zajmiemy się planami tej karczmy.
Obiad zjedli szybko, nie tylko dlatego, że tak im smakował, ale też nie mogli się doczekać rozpoczęcia planowania nowej karczmy. Kiedy już wysprzątali i pozmywali po jedzeniu, zabrali się do planowania.
-Tak więc Taewa, ty weźmiesz wystrój jadalni, oraz gotowanie. Dobrze-Spojrzał i zapytał się żony, kiedy wszyscy usiedli przy drewnianym stole, i zaczęli omawiać przyszłość. Kobieta pokiwała znacząco głową.-Laero, ty zajmiesz się polowaniem. Co dziennie musisz przynosić minimum lisa, abyśmy zdążyli wszystko przygotować.-Laera także pokiwała głową, choć spodziewała się lepszego zadania, np. Reklamacji. Miała nadzieję, że w końcu uda jej się wyjść z domu gdzieś dalej, niż tylko do lasu.
-A ty, co będziesz robić?-Zapytała Taewa swojego męża, który właśne rozmyślał o przydzieleniu polowania Laerze. Po chwili ocknął się i powiedział:
-Ja? Ja zajmę się gospodarstwem, oraz pojadę do zamku, aby poinformować innych ludzi o nas. Ja już nie jestem tak zwinny i szybki jak córka, ale bronić swojego stada zawsze będę.

Laera z błyskiem w jej pięknych zielonych oczach, spojrzała na ojca, kiedy mówił o zamku.
-Tato, a może mogłabym zabrać się z tobą do tego miasta?-Ojciec spojrzał badawczym wzrokiem w strone swojej żony, która odpowiedziała mu tym samym. Rodzice wiedzieli, że gdy przyjdzie do miasta, może dowiedzieć się, kim naprawde jest i już nigdy nie pokocha ich tak, jak to robi teraz.
-Pod żadnym pozorem!-Odpowiedzieli równocześnie jej rodzice.
-Ale dlaczego? Mamo,-Zwróciła się w strone matki.-Nie pamiętasz jak mi mówiłaś, że jak będe mieć 15 lat, to pozwolisz mi jechać do miasta? To już za tydzień.
-Zapomnij! Musisz polować, dbać o naszą karczme!-Powiedziała surowo matka dziewczyny, gdy tylko usłyszała o jej 15 urodzinach. Dziewczyna obchodziła je w ten dzień, w który Easte przyniosła małą Laere do nich, miała wtedy zaledwie 3 lata. 
-No ale mamo...
-Żadnych ale i bez dyskusji. Nie, to nie!-Powiedział jej surowo ojciec, wstał od stołu i wyszedł na świerze powietrze.
-Może za szybko podjeliśmy decyzje o tej karczmie-Powiedziała matka i westchneła znacząco, podpierając swoją głowę prawą ręką.
-Nie prawda, to bardzo dobry pomysł-Pocieszyła ją Laera.-Mieszkamy przy drodze do zamku, codziennie przechodzą tędy strudzeni mieszkańcy. Mamy duży dom, pole, zwierzęta. To aż się prosi, aby coś z tym zrobić.
-Kochanie, ja się o ciebie martwię.-Powiedziała matka do dziewczyny, cicho i spokojnie, tak, aby zrozumiała każde jej słowo.-Jesteś wyjątkowa, a my bardzo cię kochamy. Wyróżniasz się od innych dziewczyn swoim zachowaniem, ale tak ma być, bo taka, zostałaś nam dana.-Dodała z wielkim przejęciem, tak, że jej łza z oczu poleciała.
-Tak mamo, rozumiem cię-Powiedziała pół szeptem.-Ale zrozum, ja chcę czegoś więcej niż tylko polowania i gospodarstwo. Chcę poznawać nowych ludzi, uczyć się!-Podniosła troszkę ton głosu,  aby dodać swojemu przemówieniu jeszcze więcej emocji.-Dobrze wiemy-nie jesteśmy biedni, ale też nie za bogaci. Otwórzmy własną działalność, zaróbny na naszą przyszłość!-Podkreśliła ostatnie zdanie, wygłaszając cudowne przemówienie.
Jej ojciec, który właśnie wrócił, nie mógł uwierzyć słowom, wypowiedzianym przez dziewczyne. Jej słowa, tak doszły mu do serca, że prawie nie uroniłby łzy, lecz w ostatniej chwili się pochamował.
-Choć tu do mnie, moje dziecko-Powiedziała matka. Dziewczyna podeszła do niej i usiadła na krześle obok.-Masz już prawie 15 lat, nie masz jeszcze męża, choć powinnaś już mieć. Mówisz że bardzo zależy ci na karczmie, nam też, ale kiedy będziemy się kłócić, wszystko pójdzie nie tak jak trzeba. Razem z twoim ojcem, bardzo cię kochamy, dlatego, nie pojedziemy do miasta w poszukiwaniu twojego męża, otworzymy karczmę i ten, którego uznamy za odpowiedniego, damy ci za ręke.- Matka zmieniła szybko temat i powiedziała spokojnie, mówiąc wyraźnie każde słowo, aby ich córka dobrze to zrozumiała.
-A co jeśli nikt nie będzie mnie chciał?-Zapytała cicho.
-Jesteś piękna, naprawde, nie ma takiego mężczyzny, który by cię nie pokochał.-Odpowiedziała jej spokojnie i chwyciła dłoń córki. Dziewczyna uśmiechneła się do niej.
-Kocham cię mamo-Powiedziała, patrząc matce prosto w oczy.
-My ciebie też-Odpowiedziała jej, wstała, podeszła do niej i przytuliła ją.

Obserwatorzy